WYWIADY


 Gość Niedzielny 37/2006 na wiara.pl, 10 września 2006 

O Woodstocku, małym białym ubranku i przyjściu antychrysta z Tomkiem Budzyńskim rozmawia Marcin Jakimowicz

Marcin Jakimowicz: Zostaliście ostatnio niesamowicie ciepło przyjęci przez tysiące ludzi na Przystanku Woodstock... Nie bałeś się odrzucenia? Tego, że ludzie na „dzień dobry” was wygwiżdżą?
Tomasz Budzyński: – To był bardzo fajny koncert. Graliśmy wczesnym wieczorem, gdy jeszcze było widno i mogliśmy zobaczyć reakcję ludzi. Dwa lata temu grałem już tu z Armią. Ale koncert był bardzo późno w nocy. Nie widziałem publiki, tylko wielką czarną ścianę. A teraz jak na dłoni widać było, jak przybywa ludzi, jak reagują. Media piszą, że na Woodstock zjeżdża się głównie antyklerykalnie nastawiona publiczność. To są mity. Tam są normalni ludzie, poszukujący swego miejsca w życiu, nadziei. Przed nami grał zespół Indios Bravos. Byli bardzo dobrze przyjęci. Zastanawiałem się, jak ludzie przyjmą nasz, nieco specyficzny zespół (śmiech). I bisowaliśmy, a ludzie nie chcieli nas wypuścić ze sceny.

Widziałem ten koncert i zastanawiałem się nad jednym: stoisz i śpiewasz do mikrofonu czyste Słowo Boże. Ostre jak miecz. Co się wtedy dzieje? Czy ono dotyka tego szalejącego tłumu?
– Teksty w 2 Tm 2,3 to nie moje słowa. To Słowo Boga, więc nawet jeśli nie dotyka zmysłów, to dotyka duszy. Ale powiem ci szczerze, ja się w ogóle nad tym nie zastanawiam. Bo gdybym o tym myślał, to bym się wykończył nerwowo. Nie jest moim przywilejem znać to i widzieć, czy to „działa”. Bóg zakrywa często owoce. Ja tylko daję swoje ciało – gardło, usta. To są słowa psalmów, Dobra Nowina dla każdego człowieka. I na Woodstocku zauważyłem, że ci ludzie potrzebują tego słowa. Oni chcą tego słuchać! Czy ktoś im kazał krzyczeć: Marana tha? Czy ktoś ich przymusił do tego, by przez godzinę słuchali psalmów? Wierzę, że większość z nich nadstawiała ucha. Większość. Czy słowa śpiewane ze sceny działają? Nie wiem i nie muszę wiedzieć. Lepiej, żebym nie wiedział. Działają na nas, to wiem na pewno. Oświetlają moje życie. Nie sposób, mimo wieloletniej koncertowej rutyny, śpiewać tych słów i nie modlić się...

No tak, ale dziesięć lat temu mieliście mocne doświadczenie, że te słowa dotykały, zmieniały ludzi. A teraz?
– Zmieniło się tylko nasze rozumienie tych słów i nasz stosunek do Ewangelii. Kiedyś nie bardzo rozumiałem, o czym śpiewam. A teraz, po dziesięciu latach życia we wspólnocie Kościoła, na drodze neokatechumenalnej, zaczynam powoli rozumieć, co to słowo znaczy.

Inaczej śpiewasz słowa „Ma- rana tha” niż przed dziesięciu laty?
– Jasne, że inaczej.

Z większą tęsknotą?
– Tak! Bo ja poznałem swoją bezsilność. Dziesięć lat temu byłem neofitą, fruwałem. Obwieszałem się medalikami, krzyżykami. A dziś, widzisz, nie mam już ich na szyi. To jest jak z zakochaniem. Na początku chcesz o tym krzyczeć wszystkim dokoła, śpiewać na ulicach i myślisz, że od ciebie wiele zależy. Wydaje ci się, że jeśli wyjdziesz na scenę i powiesz tłumom o Jezusie, to one padną na kolana. I ta presja, że musisz złożyć świadectwo w czasie koncertu, bo jeśli nic nie powiesz, to... A co, Pana Boga nie ma?
Człowiek, który jest dla mnie duchowym autorytetem, powiedział: – Wy lepiej więcej grajcie, a mniej gadajcie (śmiech). Bardzo mądre słowa. Wiem jedno: Chrystus jest mi jeszcze bardziej potrzebny niż dziesięć lat temu. To jest skała, na której opiera się moje życie. A ja już przestałem udzielać ludziom dobrych rad.

Nie masz takiej pokusy? Przychodzą młodzi po koncercie i pytają: jak żyć?
– Mam pokusę, ale na siłę się powstrzymuję (śmiech). Nie udzielam rad. Mogę tylko opowiedzieć, jak wyglądało kiedyś moje życie. Jak Bóg je zmienił. To wszystko.

Ostatnie lata były dla Ciebie trudnym czasem oczyszczenia. Powiedziałeś: Jestem jak Izrael po wyjściu z Egiptu, przede mną Morze Czerwone, czyli śmierć, za mną wojsko Faraona, czyli też pewna śmierć...
– Tak. Pan prowadzi mnie przez ciemną dolinę. Nie widziałem, gdzie idę, nie widziałem Boga, szedłem w ciemno. Gdzie jest Bóg, który był jeszcze niedawno na wyciągnięcie ręki? Gdzie spełnienie obietnic, które mi dał? Genialnie mówi o tym Pieśń nad Pieśniami: wstałam, by otworzyć drzwi memu miłemu, a jego już nie było. Szukałam go i... nie znalazłam. I jeszcze pobili mnie, zerwali suknię i znieważyli strażnicy pilnujący murów. Gdzie jest mój Ukochany? I to mówi najświętsza pieśń Izraela! To jest droga duszy. Przeżywam noc, ale wierzę, że Bóg mnie nie opuścił. Wiem, że chce nauczyć mnie, swego synka, chodzić. Musiał mnie wypuścić z rąk, inaczej nie zrobiłbym kroku. Nie czuję już uchwytu Ojca, ale raczkuję (śmiech).

Pięć lat temu powiedziałeś: – Jesteśmy jak niemowlęta. Jak dobrze, że Kościół daje nam mleczko, bo stałym pokarmem byśmy się udławili. Co teraz jecie?
– Już powoli zacząłem jeść kaszkę. Odkrywam coraz większą miłość Boga, która zasłania moją ogromną słabość. Żyłem jak ślepy, przez lata nie widziałem mojego grzechu. Bóg wpuścił promień światła i zobaczyłem grzechy, z którymi nie mogę sobie poradzić. Poczułem się bezsilny jak Jakub walczący z aniołem nad potokiem Jabbok. Ale Pan Bóg powiedział: – Ja chce cię takiego, jaki jesteś. Takiego cię przyjmuję. Myślisz, że łatwo przyjąć takie słowa? To niesamowita lekcja pokory. Ale Bóg mówi do Jakuba: – Ja będę z tobą. Ktoś może zapytać: I co? Przez te dziesięć lat udoskonaliłeś się? Nie! Wręcz przeciwnie. Z dnia na dzień czuję się coraz gorszy. Ale nie ma innej drogi do Boga. Jak mam się narodzić na nowo, skoro mój stary człowiek jeszcze rządzi, krzyczy, tupie nogą i wygraża pięścią?

Co chwila śpiewasz o śmierci. Masz zespół „Trupia czaszka”. Mówisz, że chciałbyś umrzeć w stanie całkowitej świadomości. To nie jest wywoływanie wilka z lasu?
– Trzeba wywoływać wilka z lasu. Kto ma mówić o śmierci, jeśli nie chrześcijanie? Trzeba żyć ze śmiercią na ramieniu każdego dnia. Paradoksalnie współczesna kultura, która jest „kulturą śmierci”, w ogóle o niej nie mówi. Śmierć i cierpienie przychodzą nam z pomocą, bo człowiek może się w końcu opamiętać i nawrócić.

A nie boisz się śmierci?
– Ja się boję bardziej tego, że nie zdążę. Nie zdążę się nawrócić, uczepić miłosierdzia Bożego.
Nowa płyta jest zanurzona w Apokalipsie. Śpiewasz: Biada! W jednej godzinie wielkie miasto zginie. Zginie Babilon.
– Śpiewamy Apokalipsę, bo czuję, że przyszły jej czasy. Wystarczy, że pooglądam telewizję i widzę, co się dzieje. Nie trzeba być zbytnio bystrym. Współczesna kultura nie jest obojętna na chrześcijaństwo. Ona dziś jest jawnie antychrześcijańska. A my jesteśmy zanurzeni w tym po uszy. Jesteśmy jak rybki w akwarium, w którym ktoś zmienił wodę. Człowiek przecież nie jest z plastiku, ale ma duszę. I jeśli wypędzisz z niej Chrystusa, to czymś ją trzeba nakarmić. W zamian ludzie otrzymują różne namiastki duchowości i inne demoniczne zabawki. Ale Biblia mówi jasno: to upadnie. Wierzę w to, że Wielka Nierządnica, Wielkie Miasto zginie.

W Apokalipsie są dwie niewiasty: Wielka Nierządnica i Maryja. Czy jest Ona ci bliższa niż kilka lat temu?
– Tak. O wiele bardziej. Odkrywam Jej piękno. Bo ja nie doszedłem przez Maryję do Jezusa. To Jezus pokazał mi swoją Matkę. Mam do Niej wielkie nabożeństwo. Widzę, że przez Nią mówi dziś do Kościoła Duch Święty. To jest wielka, cudowna tajemnica.

A nie jest tak czasami, że boisz się powiedzieć coś wprost Bogu i wolisz pójść z tym do Maryi?
– Tak, też tak czasami czuję (śmiech). Jak Jej dziecko.

Twoje dzieci uczą Cię modlitwy?
– Modlimy się wspólnie codziennie. Dzieci nas tylko obserwują. My odmawiamy brewiarz, one rozmawiają z Bogiem własnymi słowami. Czasem Staś przychodzi do mnie z błyskiem w oku i mówi: – Wiesz, tato, wczoraj wieczorem się modliłem do Pana Boga i dzisiaj On mnie wysłuchał! (śmiech).

A jeśli one dorosną i odejdą od Kościoła?
– Nie wiem, co czeka moje dzieci. Nawet jeśli się zagubią (żyją przecież w bardzo nachalnej, agresywnej kulturze), nikt im nie odbierze pamięci. Nikt im tego nie wykasuje! Czy bolałoby mnie serce? Jasne, że tak. Ale wiem jedno: będą miały do Kogo wrócić.

Sam nieustannie wracasz pamięcią do swego dzieciństwa. Dlaczego?
– Dzieciństwo to dla mnie święty czas. Dziecko poznaje świat w sposób bezpośredni, nie przez kulturę. My poznajemy świat tylko przez kulturę: przez telewizor, filmy, książki, Internet, gazety. Poznajemy coś, bo ktoś nam już o tym mówił. A dziecku nikt jeszcze tego nie zdążył powiedzieć. Dotyka trawy, kwiatów, widzi słońce, takie jakie ono jest naprawdę. Dziecko poznaje w sposób czysty

Zazdrościsz mu?
– Tak. Dziecko widzi więcej. Widzi świat w całym swoim pięknie. Ono czuje, że Bóg stworzył dobry świat. Ja już to zatracam. Ale mam pamięć i wracam do wspomnień z dzieciństwa. Nie jest to sentymentalizm w stylu, że „kiedyś to było lepiej...”. Nie! Dziecko żyje w rajskiej krainie. A potem musi uczestniczyć w kulturze, bo każą mu dorośli. Tak, to jest chyba jakaś kara! No a potem ta szkoła!

Pamiętam, że kiedyś w domu rodzinnym, wśród ubrań w szafie, znalazłem małą białą szatkę. Okazało się, że to moje ubranko do chrztu. Tak się wzruszyłem, że o mało się nie rozpłakałem. Pomyślałem: trzymam w dłoniach ubranko, w którym się wchodzi do nieba. Apokalipsa mówi: „Przyszli odziani w białe szaty”. I przestraszyłem się: jestem taki duży, taki gruby; jak ja się w tę szatkę zmieszczę? I zrozumiałem: muszę się zmniejszyć. Umniejszyć. Stać jak dziecko. A ja jestem tak daleko od tego, mam swoje plany na życie, swoje pomysły, chcę je realizować. A Bóg mówi: – Jeśli się nie staniesz jak dziecko, nie wejdziesz do królestwa niebieskiego.

A ja już nie jestem dzieckiem, jestem czterdziestoczteroletnim facetem. Zaczynają się choroby, zmęczenie. I co mam zrobić? Faceci często zaczynają pić. A ja? Co mam zrobić? Bóg mówi: – To Ja zaprowadziłem cię do tej ciemnej doliny. Jestem tu z tobą. To niesamowite doświadczenie. On jest tu ze mną, rozumiesz?

łebmajster: Karol  

zalecana  rozdzielczość przy oglądaniu strony: 1024x768 lub wyższa